HOMILIA Z OPOKI

I Niedziela Adwentu

Ks. Tadeusz Czakański
PRZYWIĄZANIE

Pierwsza niedziela Adwentu. Stajemy u progu trzeciego tysiąclecia. Jesteśmy świadkami i uczestnikami tylu przełomowych, historycznych wydarzeń! Do wielu rzeczy, nawet szokujących, zdążyliśmy się już przyzwyczaić. Do wielu postaw i spraw – tych dobrych i tych złych – przywiązaliśmy się. Jednocześnie jest w nas nieustanne pragnienie, by stale zaczynać od nowa. A Bóg zawsze daje nam taką możliwość! Póki żyjemy, nigdy nie jest za późno.

W przedszkolu zawyły syreny. Alarm. Prawdopodobnie wybuchł pożar. Konieczna jest natychmiastowa ewakuacja. Na szczęście wszyscy wiedzą, co mają robić. Najmniejsze dzieci pierwsze za panią przedszkolanką wybiegają na podwórko. Starsze, bardzo podekscytowane, kierują się do wyjścia, a tu nagle robi się zator i słychać krzyki: – Proszę pani, my nie możemy wyjść na dwór. – A co się stało? – Jesteśmy w papuciach! A nasze buty zostały w szatni. Chwila konsternacji, szybki powrót do szatni po buty i za chwilę cała grupa jest już na zewnątrz budynku. Tu dopiero panie przedszkolanki orientują się, że w pośpiechu nie zabrały swoich rzeczy osobistych. Szybko wracają z powrotem po torebki z dokumentami i pieniędzmi.

Przywiązanie. Z biegiem lat człowiek przywiązuje się do różnych rzeczy, osób, pokarmów, miejsc; przywiązuje się do życia. Starzy żołnierze powiadają, że im starszy człowiek, tym trudniej oddać mu życie. Młodzi nieraz z jakąś nonszalancją rzucają się w środek bitwy, lekceważąc grożące im niebezpieczeństwo. Ich odwagę, ich brawurowe szarże tłumaczą niektórzy słabym jeszcze “przywiązaniem” do życia. Starym wiarusom trudniej jest rozstać się z życiem. Są ostrożniejsi.

Św. Jan od Krzyża pisał: “Mucha, osiadająca na miodzie, pozbawia się swobody lotu; i dusza, przywiązująca się do słodyczy duchowych, pozbawia się swobody i kontemplacji”. Proszę zauważyć, że św. Jan mówi o sprawach duchowych. A cóż dopiero pomyśleć o przywiązaniu do wartości materialnych!

Przed nami Adwent. Wielki Adwent. Czas przełomu tysiącleci. Czego uczy nas ten szczególny w naszym życiu i w naszej epoce Adwent? Chce nam pomóc w takim oczekiwaniu i w takim przywiązywaniu się, jakiego chce od nas Bóg.

Człowiek na ogół przywiązuje się do tego, co było. Im dłużej coś trwa, tym silniejsze jest przywiązanie. Adwent każe nam zerwać z przywiązaniem do przeszłości, co nie znaczy, że mamy zrywać z tradycją czy chrześcijańskimi zasadami i wartościami. Chodzi oczywiście o przywiązanie do spraw i postaw sprzecznych z zasadami Ewangelii. Tymczasem mamy przywiązać się do przyszłości! Przecież do istoty chrześcijaństwa należy oczekiwanie na powtórne przyjście Pana. Bóg przychodzi do człowieka “z przyszłości”. Wytężamy nasz wzrok i wołamy: Marana tha – Przyjdź, Panie Jezu.

Owo “przywiązanie do przyszłości” jest ściśle związane z chrześcijańską nadzieją. Te dwie postawy są bardzo potrzebne na progu trzeciego tysiąclecia. Gdy wielu patrzy z niepokojem, a nawet z trwogą w przyszłość, chrześcijanin staje się w świecie szczególnym znakiem nadziei. Św. Ignacy Loyola zapisał kiedyś: “… tam, gdzie działają liczne sprzeczności, tam też rozkwita największa nadzieja”. Czytania liturgiczne na I niedzielę Adwentu kierują nasze myśli w kierunku przyszłości. Św. Paweł zachęca Tesaloniczan, aby wytrwali we wzajemnej miłości. Ewangelia przestrzega: “żeby ten dzień nie przypadł na was znienacka. Przyjdzie on bowiem na wszystkich, którzy mieszkają na całej ziemi. Czuwajcie więc i módlcie się w każdym czasie….”. Miłość i modlitwa. To synteza życia każdego chrześcijanina. To obowiązek, ale również przywilej, który chroni człowieka przed wegetacją i przed zniewoleniem różnego rodzaju złymi przywiązaniami.

Należymy przecież do Jezusa Chrystusa. Chcemy nauczyć się wzajemnej miłości już tutaj, na ziemi, by potem żyć nią w niebie – naszej prawdziwej ojczyźnie. A póki żyjemy, nie jest jeszcze za późno! Przeżywajmy więc świadomie chwilę obecną – kochając braci i modląc się. “Przywiązując się” do pełnej nadziei przyszłości.

k Wasąg na 33 niedzielę zwykłą
TO, CO WIECZNE TRWA

Słowo Boże jest słowem, które ma moc uratować człowieka. Dzisiejsza Ewangelia nie jest wyjątkiem. A jeśli w sposób barwny przedstawia sytuację kataklizmu i grozy, zapowiadając koniec czegoś, do czego przecież tak bardzo się przyzwyczailiśmy, zapominając o tym, że „najważniejsze jest niewidoczne dla oczu”, to po to, by człowiekiem wstrząsnąć, pobudzić go do myślenia, a przede wszystkim pomóc mu się zbawić.

Rok liturgiczny, który powoli dobiega końca uzmysławia nam, że pielgrzymowanie ziemskie czy to indywidualne, czy całej zbiorowości ludzkiej również zmierza do kresu. To, co ziemskie i tylko doczesne przeminie, a pozostanie jedynie Słowo, które trwa wiecznie, które „było na początku” i przez które wszystko się stało. Wtedy objawi się Ono na obłokach jako Syn Człowieczy, a to, co przez Nie zostało stworzone zostanie wstrząśnięte. Na tych, którzy Go nie przyjęli, padnie strach i trwoga, natomiast ci, którzy byli Mu wierni „będą świecić jak gwiazdy na wieki i na zawsze”.

Koniec świata, o którym Chrystus mówi dzisiaj otwarcie, nie będzie czymś strasznym dla „dzieci światłości”. Przeciwnie, będzie czymś upragnionym, a tęsknota za nim będzie tym większa im większego doświadczą ucisku. Dla człowieka wierzącego ten koniec jest początkiem czegoś lepszego i trwałego: „zapisani w księdze życia dostąpią zbawienia”. Dlatego każde cierpienie, niezrozumienie czy umieranie połączone z Jezusem ma sens i zaowocuje świętością.

„Niebo i ziemia przeminą,
ale moje słowa nie przeminą”.
(Mk 13,31)

Ks. Tomasz Horak
MIŁOŚĆ I RADOŚĆ na 31 niedzielę zwykłą

Obserwowaliście zakochanych? Bijąca od dwojga młodych radość zdradza łączącą ich miłość. I to niezależnie od wieku. Dawno już nauczyłem się zauważać tę właśnie radość, która jest zarówno skutkiem, jak i tworzywem miłości. Mając to wszystko przed oczyma, przeczytałem kiedyś u Elzenberga, że “miłość to radość z cudzego istnienia”. Ten ktoś drugi jest inny, czasem bardzo inny. Miłość to pełne radości uznanie, że jesteś inny. Powstaje napięcie pomiędzy innością i potrzebą jedności, a pierwszą oznaką tego jest radość. Popatrzcie na niezwykłe postaci chrześcijańskiego świata. Czy to na św. Wincentego `a Paulo – ojca, opiekuna, przyjaciela ubogich – czy Matkę Teresę z Kalkuty, czy naszego rodaka, św. Brata Alberta. Inność rodziła miłość. Pokochali innych: bezdomnych, galerników, odrzuconych. Nie stawali w pozycji książąt oferujących okrągłe sumy swoich (a często i nie swoich) pieniędzy. Wchodzili pomiędzy nędzarzy, żyjąc ich życiem i pomagając z pozycji współcierpiących. I byli radośni! Świadkowie ich życia mówią o tym zgodnie. To była prawdziwa miłość: radość z cudzego istnienia. A im bardziej to istnienie było sponiewierane, tym większa była miłość. A Bóg? Czy nie cieszy się nami? Prorocy wołali: “Twój Bóg rozraduje się tobą!” (Iz 62,5). Jak chrześcijanie odczytują Ewangelię? Jako Księgę radości. Apostoł Paweł wprost nakazuje radość (por. Flp 4,4). Kochać Boga to cieszyć się Bogiem. Także światem, który nam dał. Cieszyć się ludźmi, którzy z Jego daru nas otaczają. Cieszyć się chwilą obecną i wiecznością, która nas czeka. Gdy zaś przychodzą dni trudne, bolesne, straszne, to owa radość na długo daje siły, a jej wspomnienie pozwala przetrwać najgorsze. Dlatego wśród świętych naszego Kościoła jest tak wielu ludzi ogromnej, nieraz żywiołowej radości. Inaczej wyrażał ją św. Filip Neri, ksiądz, który tryskając radością, potrafił bawić się z dziećmi w fontannach Rzymu. Inną drogą radości szedł św. Franciszek z Asyżu. Nie myślał być twórcą zakonu, ale promieniująca z niego radość przyciągnęła wielu naśladowców. A wspomniany św. Brat Albert? – nie tylko genialny organizator pomocy dla bezdomnych, ale wręcz wesołek. A moja mała Asia, która nigdy nie stanęła na własnych chorych nóżkach – zanosiłem jej Komunię do domu, a ona uczyła mnie radości i strofowała, gdy bywałem smutny. A moja stryjenka, która po powrocie z zesłania radością i pogodą ducha przyciągała do swego mieszkanka całe procesje ludzi szukających duchowej pomocy. Bo kochać Boga, to cieszyć się Bogiem. Czy może być radość bez granic? Może. A czy może być miłość bez granic? Powinna. Słuchaliśmy przed chwilą napomnienia, które dla pokoleń wierzących w Boga było i jest modlitwą codzienną: Będziesz miłował Pana, Boga twojego, z całego swego serca, z całej duszy swojej, ze wszystkich swych sił. Niech pozostaną w twym sercu te słowa, które ja ci dziś nakazuję (…) Wypisz je na odrzwiach swojego domu i na twoich bramach. – Z całego serca, z całej duszy, ze wszystkich sił… Jednym słowem – idź na całość. Znamy to powiedzonko. Ale tak naprawdę tylko wobec Boga warto iść – dosłownie – na całość. Tylko On jeden jest “najbardziej inny” – a więc radość z Jego istnienia nigdy się nie wyczerpie. Tylko Jezus trwa na wieki – przeto radość Jego obecności, Jego miłości nie tylko nie kończy się razem ze śmiercią, ale właśnie po zakończeniu ziemskiego biegu życia osiąga całą pełnię. W zapisanej przez Ewangelistę Marka rozmowie Jezus dopowiedział coś niezwykle ważnego. Nie ma najmniejszej wątpliwości, że miłość Boga i radość rodząca się z tego są najważniejsze. Ale pełny wymiar osiągają dopiero wtedy, gdy idą w parze z miłością bliźniego. To nie teoria – tego uczył swoim życiem Jezus. Tego samego uczą nas święci – ludzie wielcy miłością i promieniujący radością.

Ks. Antoni Dunajski
WYNIESIENI DO SŁUŻBY

Dwaj synowie Zebedeusza — Jakub i Jan, którzy zabiegali o pierwsze „teki ministerialne” w królestwie Bożym, mogą być uznani za pierwszych „karierowiczów” w Kościele Jezusa Chrystusa. Zasiąść w Jego chwale — jeden po prawej, a drugi po lewej stronie — oznaczało po prostu mieć udział we władzy, a w konsekwencji także w profitach wynikających z faktu tak bliskiej przynależności do swojego Mistrza i Pana. Można nadto podejrzewać, że dziesięciu pozostałych, którzy „poczęli oburzać się na Jakuba i Jana”, mogło nosić w swoich sercach podobne aspiracje, a ich oburzenie wynikało z faktu, że ktoś inny ich po prostu ubiegł. Podejrzewamy to, bo znamy samych siebie. Podejrzewamy, bo w swojej naiwności my również sądzimy, że mieć udział we władzy — to mieć po prostu lepiej i wygodniej. A przecież tak być nie musi.

Wspomniany wyżej incydent dał Chrystusowi doskonałą okazję do wyjaśnienia, na czym ma polegać władza i wszelkiego rodzaju przełożeństwo wśród Jego wyznawców: „Kto by między wami chciał się stać wielki, niech będzie sługą waszym. A kto by chciał być pierwszym między wami, niech będzie niewolnikiem wszystkich”. Okazało się, że synowie Zebedeusza nie wiedzieli, o co proszą. Mieć udział w arcykapłańskiej władzy Chrystusa — to znaczy mieć udział w Jego „kielichu”, w Jego męce i śmierci, bo właśnie tędy prowadzi droga do „tronu łaski”, do zmartwychwstania i udziału w Jego chwale. Wszystko to dzieje się na podobieństwo Syna Człowieczego, który „nie przyszedł, aby Mu służono, lecz żeby służyć, i dać swoje życie na okup za wielu”.

Niestety, w naszym polskim języku słowo „służyć” bardzo się zdewaluowało. Kto chce być dzisiaj sługą? „Służącą twoją nie będę!” — grozi zbyt wymagającemu mężowi wyemancypowana żona. „Od kiedy to sługa ma lokaja?” — wymawia się ktoś poproszony o posłużenie w zbyt prozaicznej (jego zdaniem) sprawie. Można komuś w czymś „pomóc”, „zainterweniować”, „załatwić”, można wyprać i posprzątać, ale nie wypada być sługą. Doświadczył tego pewien obywatel, poszukujący za pośrednictwem gazetowego ogłoszenia „zacnej pani w średnim wieku do prac służebnych” w swojej willi. Mimo że gwarantował solidne wynagrodzenie, nikt się nie zgłaszał. Poradzono mu zmienić formułę ogłoszenia: zaczął szukać „pani domu”. Do podjęcia tej funkcji zaczęła się już ustawiać kolejka kandydatek i — o dziwo — żadna pani nie miała wątpliwości, o jakie prace chodzi.

W tym kontekście przypomina się inna zabawna anegdota. Swego czasu papież Jan XXIII odwiedził dość niespodziewanie szpital pod wezwaniem Świętego Ducha. Bardzo przejęta tym faktem siostra przełożona przedstawiła się słowami: „Jestem przełożoną Świętego Ducha”, na co „sługa sług Bożych” z uśmiechem wyraził podziw dla tej „możliwie najwyższej funkcji” i z zabawną skromnością wyznał, że sam jest tylko „wikariuszem Pana Jezusa”.

Tu dochodzimy do sedna sprawy. Jeśli nasza cała formacja religijna ma być coś warta, musimy raz na zawsze zrozumieć, że to właśnie służba jest podstawową figurą naszej chrześcijańskiej egzystencji. Niezależnie od tego, co każdy z nas chciałby w życiu robić i na jakiej drodze chciałby realizować swoje życiowe powołanie, będzie to — zgodnie z naszym najważniejszym przykazaniem — zawsze powołanie do miłości. Zwykle kojarzy się nam ona z poezją. Ale miłość, jeśli zaczniemy ją realizować w duchu Ewangelii, rozkłada się na prozę życia. I to jest właśnie służba.

Właśnie dlatego, zapowiadając nadejście Odkupiciela, prorok Izajasz nazywa Go cierpiącym Sługą, który „usprawiedliwi wielu”. Dlatego też, odpowiadając na wezwanie do przyjęcia Bożego macierzyństwa, Maryja nazywa siebie „służebnicą Pańską”. I dlatego „Syn Człowieczy nie przyszedł, aby Mu służono, lecz żeby służyć”. Nie jest także przypadkiem, że szczególną formę powołania (oprócz udziału w kapłaństwie wspólnym) nazywamy fachowo kapłaństwem „służebnym”, a kandydatów na ołtarze sługami Bożymi. I chyba dobrze się stało, że przy zawodach wymagających szczególnego rodzaju poświęcenia używamy nadal określenia „służba” (służba zdrowia, służba wojskowa). Bo służba jest najskuteczniejszą formą nobilitacji człowieka, a Bogu służyć — znaczy królować.

W dzisiejszej Ewangelii na pytanie pewnego człowieka: „Nauczycielu dobry, co mam czynić, aby osiągnąć życie wieczne?”, Pan Jezus odpowiada: „Nie zabijaj, nie cudzołóż, nie kradnij, nie zeznawaj fałszywie, nie oszukuj, czcij swego ojca i matkę”. Innymi słowy: zachowuj przykazania.

Do życia wiecznego, które nazywamy niebem, idziemy przez całe życie: idziemy drogą wytyczoną nam przez przykazania Boże.

Na granicy trzech państw Ameryki Południowej — Peru, Brazylii i Boliwii — znajduje się wysoki słup graniczny: na nim są strzałki zwrócone w kierunku stolic trzech wymienionych państw z podaniem odległości do nich w kilometrach. Zaś na wierzchołku tego słupa znajduje się strzałka z napisem: Do nieba zdąża się przez całe życie.
————————————————-

W dzisiejszej Ewangelii Chrystus Pan wzywa nas do pokory. Do apostołów spierających się o jakieś pierwsze miejsce powiedział: „Jeśli kto chce być pierwszym, niech będzie ostatnim ze wszystkich i sługą wszystkich”.
To, co nas tak bardzo ujmuje w postaci papieża Jana XXIII, to jego prostota, jego pokora. Nawet na stanowisku papieża zachował dziecięcą prostotę i pokorę. Pewnego dnia otrzymał list od dwunastoletniego chłopca, imieniem Bruno, następującej treści: „Kochany papieżu. Nie wiem, co robić. Chciałbym zostać papieżem albo policjantem. Co o tym myślisz?”
Jan XXIII odpowiedział: „Mój mały Bruno. Jeżeli ci zależy na moim zdaniu — naucz się być policjantem. Tego się nie improwizuje. Co do zawodu papieża, to zobaczysz później. Każdy może zostać papieżem: najlepszy dowód, że ja nim zostałem…”